czwartek, 11 kwietnia 2013

Zmień swoje życie- TERAZ!





Czasami są takie chwile w życiu, gdy nie wiesz dokąd zmierzasz. Nad Twoją głową kumulują się stresujące sytuacje, nie zawsze dotyczące bezpośrednio nas, mogą one dotykać ludzi, na których nam zależy... Czasami człowiek wątpi we wszystko co robi, we wszystko co dzieje się dookoła, w sens życia.... 
Można powiedzieć, że ja tak właśnie mam. I chociaż nie mogę narzekać na moje życie, każdy dzień jest względnie spokojny, na swoich barkach noszę mnóstwo lęków, uprzedzeń, zmartwień. Martwię się przeszłością i przyszłością. Martwię się swoimi decyzjami i tym jakie będą ich konsekwencje, martwię się zdrowiem swoim i moich bliskich, problemami, które trawią moją rodzinę, mój związek. Jestem rozdrażniona, nazbyt poważna...
Odżywam wieczorami po powrocie z pracy i w weekendy, wtedy wyłączam się zupełnie z problemów i po prostu jestem. Spędzam aktywnie czas, czytam, gotuję, myślę o swoich potrzebach, planuję, trenuję. W walce ze stresem bardzo pomagają mi regularne treningi na siłowni. Od około 5 lat z większą lub mniejszą częstotliwością ruszam się. Wcześniej byłam zapisana do klubu fitness, chodziłam na różne zajęcia z hantlami, stepem, linkami, piłką,próbowałam elementów jogi, ATB, TBC i wszystkiego co się dało. Niby czułam się dobrze, ale moje ciało jedynie nieco się wzmocniło poprzez taką formę treningu, nie udało mi się wyrzeźbić ciała ani też schudnąć. Rzadko chodziłam na spacery, o bieganiu nie było mowy, niby chciałam niby nie, brakowało motywacji. 
W pewnym sensie zamknęłam się w bańce, którą nazywa się "praca". Praca, dom, wakacje, praca, dom, wakacje. Przestałam czytać książki, choć tak bardzo kiedyś to lubiłam. Zadowalałam się gazetami, publicystyką. Ciągle wchodziłam na facebooka zainstalowanego na telefonie, marnowałam mnóstwo czasu, którego po pracy i tak było niewiele. Jadłam średnio, korzystając z produktów zawierających mnóstwo konserwantów. Przestałam się uczyć języków z powodu braku czasu i siły po pracy. Moja samoocena spadała.
Dwa lata temu zapisałam się na siłownię, miałam do dostępu wszystko łącznie z fitnessem i basenem, nowe świetne sprzęty, ale kompletnie brakowało mi wiedzy o tym jak ćwiczyć, co ćwiczyć i na jakich maszynach, więc wmówiłam sobie, że przychodzę tam zwyczajnie się poruszać. Do menu wprowadziłam samodzielnie przygotowywane twarożki i tuńczyka po treningu. Korzystałam z basenu, sauny, orbitreków, rowerka, bieżni i czasami z zajęć fitness. Nie miałam żadnego konkretnego planu niczego do czego dążyłam. Niby chciałam zrzucić, zwiększyć wytrzymałość, wysmuklić się, ujędrnić, ale tak naprawdę nic w tym kierunku nie robiłam. Brakowało planu, celów i systematyczności. Łatwo znajdywały się wymówki. Tak samo było z jedzeniem, niby chciałam jeść zdrowiej, ale robiłam bardzo, bardzo małe kroki w tym kierunku.
W październiku 2012 powiedziałam "zaczynam biegać" no i zaczęłam, pogoda pozwoliła mi na kilka naprawdę fajnych joggingów w terenie, później przerzuciłam się na bieżnie. Początkowo byłam załamana tym jak słabą mam kondycję, ale nie poddałam się. Poza bieżnią chodziłam na zajęcia fitness. Waga ani drgnęła, poprawiłam trochę kondycję i to wszystko. Do końca roku zdecydowanie zrezygnowałam z wielu niezbyt zdrowych- przynajmniej dla mnie produktów spożywczych. Przestałam pić kawę, czerwone wino, mocną herbatę i jeść żółty ser- wszystkie te składniki powodowały u mnie migreny, już wcześniej odstawiłam jedzone sporadycznie ale jednak wszelkie fast foody, parówki, kiełbasy, gotowe mieszkanki przypraw, kostki rosołowe itp.
Po świętach znajomy namówił mnie na trening siłowy, spróbowałam. Na drugi dzień nie mogłam wstać ani usiąść. Po tygodniu powtórzyłam  jednak trening, po dwóch dniach znowu, znowu i znowu. Zaczęłam pilnować regularnego jedzenia co 3 godziny, wprowadziłam więcej warzyw, ograniczyłam wszystko to, co gotowe, zrezygnowałam z wszelkich wędlin, definitywnie z jasnego pieczywa, jasnych makaronów i kiepskiej jakości ryżu. Jeszcze bardziej zaprzyjaźniłam się z otrębami. Pod koniec lutego waga zaczęła spadać. W marcu sama zauważyłam różnicę- musiałam schować do szafy wszystkie spodnie i wyciągnąć te z przed lat. Wróciłam do mojej wagi z liceum!
Dzisiaj zaliczyłam spokojny trening na świeżym powietrzu, korzystając z okazji, że nareszcie zrobiło się trochę cieplej. Trenuję, pracuję nad wynikami, moja pupa wreszcie jest na swoim miejscu i wygląda tak jak bym chciała:) drobiłam się "małego" bicepsa, którego uwielbiam. Wysmukliłam się, na rękach i udach, nie ma już żadnych "firanek" nic się nie trzęsie;) Zostało mi jeszcze spore wyzwanie z brzuchem, na nim jest jeszcze całkiem sporo tłuszczyku, choć przebija się powoli zarys mięśni.
Dlaczego o tym piszę? Bo w moim życiu nadszedł czas na pewne zmiany. Mam nadzieję, że jak najbardziej pozytywne:) 
Dzięki temu, że zaczęłam ćwiczyć, podniosła się moja samoocena, zobaczyłam, że jeśli chcę mogę! Dlatego teraz zamierzam zmienić jeszcze inne rzeczy w moim życiu. I o tym będzie ten blog, żeby próbować przekraczać siebie i żeby małymi kroczkami dążyć do celów, nawet tych będących jeszcze daleko, daleko przed nami!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz