niedziela, 14 września 2014

Trochę wspomnień tamtych dni...


W powietrzu czuć już jesień... dni są coraz krótsze,  noce coraz chłodniejsze... Ja lubię jesień, wieczorne spacery, ciepłą czekoladę na Brackiej w Krakowie, wieczory z książką, ciepłe swetry i koc... Czuję, że lato wykorzystałam w pełni, pod koniec sierpnia udało mi się jeszcze po 6 letniej przerwie ponownie odwiedzić Trójmiasto. Odkryłam kilka pięknych, nowych miejsc, do których z przyjemnością będę wracać. Dzisiaj kilka wspomnień tamtych dni.


Zawsze uważałam, że Bałtyk ma niesamowity urok, szczególnie w pochmurne dni...w ciągu mojego tegorocznego pobytu nad morzem było ciepło, wietrznie, słonecznie i deszczowo na zmianę, brakowało tylko sztormu i gradu:) Ale było cudownie, nie byłam w stanie odmówić sobie spacerów po plaży, na kąpiel było jednak trochę za zimno.


Tak...trzeba to przyznać otwarcie...nie żałowałam sobie deserów, ale były naprawdę rewelacyjne, średnio słodkie, świeże, pyszne..absolutnie przepyszne...w dobrym towarzystwie, na plaży przy szumie fal...w słoneczny dzień...z gazetą...czego można chcieć więcej? 


W długi sierpniowy weekend wybraliśmy się nad Solinę. Widoki były niesamowite, niestety nie udało mi się zrobić zdjęć, które byłyby w stanie oddać piękno tamtych rejonów. Pogoda troszkę nie dopisała, ale dzięki temu przeczytałam dwie książki i psychicznie odpoczęłam w małym domku nad jeziorem. Kąpiel oczywiście była, ale trwała zaledwie chwilę, bo zaczęło lać i nadciągnęła burza. Jedyny minus długość dojazdu...200 km w 5 godzin...no masakra... 



Jeżyny zebrane na chwilę przed zjedzeniem, stół mokry od deszczu, książka, cisza, zieleń, jezioro i ja...


Cztery książki na wyjazd? Co to dla mnie;) Dwie skończone!

Jak Wasze odczucia po lecie? Wykorzystaliście piękną pogodę w pełni? Macie jakieś fajne wspomnienia z wakacji? Co zapamiętacie w lecie 2014?

sobota, 23 sierpnia 2014

O wychowaniu. Co będą wspominać Twoje dzieci?

Cofnij sie pamięcią do czasów dzieciństwa. Bez komputerów, ipadów, iphonów, gier, odtwarzaczy blueray, co robiłaś/ eś? Obejrzałam ostatnio program Wojciecha Cejrowskiego "Po mojemu" w którym tematem przewodnim były dzieci i ich wychowanie. Szczególnie zainteresowała mnie krytyka systemu, w którym dzieci przebywają i wychowują się w kręgu rówieśników i przez nawał zadań domowych nie mają czasu na uczestniczenie w życiu rodziny i zabawę na podwórku. Spostrzeżenia prowadzącego bardzo przypadły mi do gustu.


1. Wielodzietność- normalność czy patologia?
Pan Cejrowski zaprosił do programu matkę siedmiorga dzieci. Kobietę, która w wieku 22 lat urodziła pierwszego syna, później jeszcze dwoje i córkę, a po 10 latach (przez które wychowywała dzieci i pracowała zawodowo) urodziła kolejną córeczkę i jeszcze dwoje chłopców. Narodziny drugiej córki określiła "ósmym cudem świata", a późne macierzyństwo ogromną radością. Na pytanie czy zamieniłaby swoje życie na inne odpowiedziała, że nie, że jest szczęśliwa. Oczywiście tak duża rodzina boryka się z wieloma problemami, krzywdzącymi stereotypami, trudnościami finansowymi i logistyką dnia codziennego. Spróbujmy sobie wyobrazić codzienne gotowanie dla 9 osób. Pranie dla 9 osób w tym chłopców i małych dzieci. Dojazdy do pracy, szkoły, zajęcia pozalekcyjne. Szaleństwo.
W czasach moich rodziców widok takich rodzin nikogo nie dziwił. Dzisiaj rodziny z trójką dzieci uznawane są za rzadkość. Małżeństwa z czwórką za bardzo odważne, piątka to już szaleństwo na granicy patologii.
Bardzo podobało mi się to, co powiedziała zaproszona do programu mama. Jej zdaniem ludzie, którzy mają jedno dziecko mają dla niego mniej czasu niż ona, matka siedmiorga. Rodzice jedynaków mocno skupiają się na sobie i swoich pasjach (co oczywiście nie jest złe, każdy musi zaleźć swój złoty środek), bardzo często kupują miłość dzieci, nie potrafią się z nimi bawić, nie wiedzą jak je zainteresować.
Kobieta powiedziała również, że jej pasją jest dbanie o dom i rodzinę, niektórzy śmieją się z takich stwierdzeń, szydząc, że co to za pasja sprzątanie i pieluchy. Ja uważam, że prowadzenie domu to sztuka, a wychowywanie dzieci to nie lada wyzwanie i odpowiedzialność, bo można wychowywać i "wychowywać", prowadzić dom i "prowadzić dom", jest różnica. Wydaje mi się, że paradoksalnie programy typu "Perfekcyjna pani domu" pomagają społeczeństwu zobaczyć, że prowadzenie domu to też swojego rodzaju sztuka. Nie każdy to potrafi, nie każdemu się chce, a jednak starania (zazwyczaj) jednej osoby mocno wpływają na nastroje i funkcjonowanie całej rodziny, dlatego nie należy z tego szydzić.

2. Zadania domowe.
Według Pana Cejrowskiego naukowcy dowiedli, że zadania domowe nie pomagają uczniom dobrym, a uczniom mniej zdolnym szkodzą poprzez utrwalanie błędów i zniechęcanie do dalszej nauki. Ja również uważam, że dzieci powinny uczyć się w szkole, a nie siedzieć po dwie, trzy godziny w domu nad zadaniem. Co innego jeśli jest to wybór dziecka, żeby czegoś się douczyć, doczytać, dowiedzieć, ale weekendy przy książkach to jakaś paranoja. Dzieci po szkole powinny wyjść na podwórko, włączyć się w życie rodziny, spędzić czas z rodzeństwem, niestety nie ma na to czasu, bo trzeba odrobić zadanie, a oprócz tego zwykle jeszcze zaliczyć multum zajęć pozalekcyjnych na które zapisali je ambitni rodzice.

3.Oceny.
Pan Cejrowski uważa, że jeśli dziecko ma same piątki to znaczy, że szkoła jest za słaba i prędzej czy później uczeń spocznie na laurach.
Zastanawialiście się kiedyś dlaczego jest tak, że największe kariery robią osoby uczące się przeciętnie? Trójkowicze? Może dlatego, że nie pasują do schematów, którymi kierują się nauczyciele przy ocenianiu, może dlatego, że uczą się tylko tego, co faktycznie jest im potrzebne. A może po prostu znają uczucie porażki, która nie zraża ich do dalszej pracy. Jednym słowem lepiej, żeby Twoje dziecko miało 3 w świetnej szkole niż 5 w słabej.

4.Rozwój w grupie rówieśników.
Dziecko spędzające czas tylko i wyłącznie ze swoimi rówieśnikami rozwija się wolniej niż to, które spotyka się z dziećmi starszymi i młodszymi np. na podwórku. Czego może się dowiedzieć od dzieci, które uczą się w szkole dokładnie tego samego? Rówieśnicy, bo wiedzą po równo. Ja spędzałam całe dnie na podwórku, miałam to szczęście, że w moim sąsiedztwie było dużo i starszych i młodszych dzieci, a do tego miałam starsze rodzeństwo. Organizowaliśmy czas młodszym, starsi dawali nam szkołę życia. Pan Cejrowski zwrócił moją uwagę na kwestię przywództwa w grupie. Kiedy spotykają się dzieci w różnym wieku szefem jest najstarszy, jest to naturalne i całkiem rozsądne rozwiązanie. Starszy nie musi walczyć o autorytet siłą, bo przecież już i tak go ma. W grupie rówieśników przywództwo zdobywa się siłą lub przemocą, a to już jest niezbyt korzystne rozwiązanie.
Często wspominam jak wspaniale smakował chleb z paprykarzem podawany nam przez okno z kuchni, robiony przez mamę sąsiadki. Tego smaku nie da się odtworzyć. Jedliśmy brudnymi rękami, a nikt nigdy z tego powodu się nie rozchorował. Ostatnio kiedy byłam u mojej bratowej przez przypadek dowiedziałam się, że u nich w sąsiedztwie obowiązują inne zasady, nie można dawać nic do jedzenia dzieciom sąsiadów. Takie są zasady.
My łaziliśmy po drzewach, łąkach, bawiliśmy się na trzepaku. Do domu wracałam brudna i czasami z siniakami, mama raczej nie robiła mi z tego powodu awantur. Cieszę się, że mam takie wspomnienia. Wiem, że dzięki mojemu rodzeństwu dużo wcześniej zaczęłam czytać, pożyczałam od nich książki, kasety i doprowadzałam do szału szperając w ich rzeczach. Jako nastolatka świetnie dogadywałam się z rodzeństwem i ich rówieśnikami. Dzisiaj mam tyluż samych znajomych w moim wieku co starszych i bardzo sobie cenię te przyjaźnie, wiem, że rozmowy z nimi mnie rozwijają.

Różnice nas rozwijają, inni ludzie nas uczą, warto zapewniać swojemu dziecku kontakt z osobami w różnym wieku w tym z dziadkami, ciociami, wujkami, dzięki temu młody człowiek buduje swój światopogląd i swoje jestestwo.

A Ty jak wspominasz swoje dzieciństwo? Czy było choć trochę podobne do tego, które teraz fundujemy dzieciom?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Ekspresowa wegańska "Panna Cotta"


Uwielbiam włoską kuchnię i włoskie desery, ma szczycie mojej listy króluje oczywiście tiramisu, ale zaraz za nim na podium stoi Panna Cotta. Oczywiście w swoim życiu robię wszystko, żeby uprościć sobie pewne sprawy w tym przygotowywanie posiłków. Dzisiaj proponuję Wam wypróbowanie przepisu na deser, który smakuje wyśmienicie mimo, że tak naprawdę jest alternatywną wersją bio budyniu. Spróbujesz?

Potrzebujemy:
Mleko owsiane
Bio budyń waniliowy
Maliny
Syrop daktylowy



Budyń przygotowujemy zgodnie z instrukcjami na etykiecie, tyle że zamiast krowiego mleka używamy owsianego, co gwarantuje zupełnie inny smak. Nie słodzimy budyniu (żadnego cukru). Do miseczek wkładamy umyte maliny i polewamy je niewielką ilością syropu daktylowego, następnie przelewamy gotowy, gesty budyń do miseczek i odkładamy do schłodzenia do lodówki. Po około godzinie dekorujemy i polewamy jeszcze odrobiną syropu daktylowego (w zależności od upodobań) i gotowe!




Bardzo polecam ten przepis. Konsystencja jest doskonała, smak rewelacyjny, a czas przygotowania i poziom trudności idealny dla zabieganego łasucha.

Smacznego! :)

piątek, 1 sierpnia 2014

Inwestuj w siebie. Rozwijaj się.




Odkryłam prawdę oczywistą. Nie wszyscy są tacy jak ja (i to akurat dobrze). Zasadniczo jestem osobą energiczną i kiedy w mojej głowie pojawi się jakiś pomysł to szybko przechodzę do jego realizacji. "Nie chce mi się", każdy tak czasami mówi, ja również, ale częściej słyszę "Ty nie umiesz siedzieć na tyłku i nic nie robić". Przyznaję mam z tym problem, ale bardziej martwi mnie bierność i zaniedbywanie talentów u ludzi.

Jest coś takiego jak "tumiwisizm", wedle słownika języka polskiego jest to ostentacyjnie bierna postawa wobec wszystkiego. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy taką postawę reprezentują, ale znam całe mnóstwo wymówkowiczów:

Nie zrobię tego, bo nie mam siły; późno wróciłam z pracy; wysyłanie CV i tak nie ma sensu; co ja będę za takie grosze pracować; i tak nie schudnę; coś mi się od życia należy; przecież zdrowe odżywianie jest drogie; we wszystkim jest chemia; na coś trzeba umrzeć; po co mi znajomość hiszpańskiego; wolę serial obejrzeć; nie mam czasu na hobby; pada; dzisiaj nie dam rady...

Można wymyślać w nieskończoność. Dlaczego o tym piszę? Bo mi się chce. Chce mi się, bo wiem, że podejmując się różnych zadań/wyzwań lepiej poznaję siebie, świat i innych ludzi.

Mam taką koleżankę, narzekała, że nic ciekawego w jej życiu się nie dzieje, że na studiach nie ma fajnych znajomych, że ciągle siedzi w domu i ogląda seriale (ale zawsze jak ktoś do niej pisze w sprawie kawy czy spotkania to ma wymówkę). Mówię do niej: "to może zapisz się na siłownię, taniec, do szkoły językowej, koła fanów teatru- gdzieś, gdzie poznasz ludzi, z którymi będziesz dzielić te same zainteresowania". Usłyszałam, że nie lubi sportu, tańczyć się wstydzi, nauka języka nie jest jej do niczego potrzebna, a do teatru nie chodzi... Ręce mi opadły. Chciało by się rzec: to czego Ty oczekujesz? Że ktoś zmieni Twoje życie za Ciebie? Chcesz być widzem czy reżyserem swojego życia?

Dlaczego ludzie zawsze myślą: "nie uczę się hiszpańskiego, bo go nie potrzebuję". Dobrze, może teraz nie potrzebujesz, ale jaką masz gwarancję, że za rok nie przejdzie Ci koło nosa praca życia właśnie dlatego, że nie znasz hiszpańskiego. I tu nie chodzi o naukę języków tylko o inwestowanie w siebie. Chcesz, żeby ludzie Ciebie szanowali. A Ty szanowałbyś kogoś, komu się nic nie chce i kto do wszystkiego zabiera się jak pies do jeża? Dlaczego ludzie zawsze myślą; "nie staram się, bo mi za to nie płacą, jak dostanę podwyżkę to się postaram", aha czyli pracodawca ma dać Ci podwyżkę "na zachętę"? Najpierw daj coś od siebie światu, a dopiero później oczekuj nagrody!

Mi się chce. Chce mi się czytać książki; chce mi się biegać, niejednokrotnie nawet w deszczu; chce mi się czytać etykiety w sklepie; chce mi się zmieniać nawyki i pracować nad sobą. Chce mi się, bo gdyby mi się nie chciało to czułabym, że marnuję czas i mój potencjał. Praca nad sobą nie przychodzi mi bez trudu, niejednokrotnie zmuszam się do działania, do wstania z kanapy, pójścia na trening, otwarcia książki, ale wiem dlaczego to robię i wiem, że warto.

Łatwo jest krytykować innych, trudniej jest zobaczyć wady u siebie. Ja swoje znam, ale znam też kilka zalet i uważam, że największe marnotrawstwo w życiu to nie rozwijanie talentów, a każdy jakiś ma. Dzisiaj mam dla Ciebie propozycję, usiądź przed pustą kartką papieru i napisz 7 rzeczy, które robisz dobrze. Niech to będą konkretne czynności np. dobrze szyję albo dobrze opowiadam kawały, a nie cechy charakteru. Skup się na tym co robisz dobrze, zastanów się jak możesz jeszcze rozwinąć swoje umiejętności. Zazwyczaj skupiamy się na wadach zaniedbując zalety i marnotrawiąc talenty, które w nas drzemią, dlatego dzisiaj myśl o tym w czym jesteś dobra/y. 

Najlepszym sposobem na rozwój jest wsłuchanie się w siebie i kontakt z inspirującymi ludźmi, którym się chce, bo charyzmatyczne osoby inspirują innych, porywają ich do działania, stawiania sobie wyzwań, nie te siedzące w domu i zastanawiające się "po co".

Będzie mi bardzo miło jeśli podzielisz się ze mną swoim talentem, pochwalisz w czym jesteś dobry/a, albo w jaki sposób pracujesz nad sobą, albo kto Cię inspiruje:)



środa, 30 lipca 2014

Kawowo-czekoladowy krem mascarpone z jagodami i bazylią.


Już kilka razy zabierałam się do tego wpisu, ale ciągle deser znikał z lodówki zanim zdążyłam zrobić zdjęcie. Dzisiaj jest. Banalnie prosty, mega szybki, pyszny.

Składniki:
250g mascarpone
1 filiżanka espresso (najlepiej schłodzonego)
3 łyżki kakao/karob
1 i 1/2 szklanki jagód
syrop daktylowy
6 listków bazylii
Opcjonalnie 3 łyżki likieru smakowego


Proporcje można kształtować dowolnie w zależności od wielkości porcji, jej stopnia słodkości i czekoladowości.
Do mascarpone dodajemy kawę, kakao, likier, syrop daktylowy i mieszamy na jednolitą masę. Schładzamy, masa zgęstnieje po około 30 minutach- godzinie, wtedy możną ją przełożyć do pucharków przekładając na zmianę z jagodami i bazylią. Wierzch można udekorować i dosłodzić syropem daktylowym i jeść!




Banalnie proste:)

środa, 23 lipca 2014

Co Polak je na plaży. Czym karmimy swoje dzieci?


 Niedzielne popołudnie. Upał. Leżę na plaży nad jeziorem. Rozglądam się, dookoła wyjątkowo dużo ludzi, ale i upał jakby bardziej nieznośny niż zwykle. Obserwuję rodziny wypoczywające nad wodą. Oto co widzę: frytki, chipsy, zapiekanki, krakersy, ciastka i piwo. Wszędzie piwo i fast foody. Nigdzie nie widzę dziecka popijającego wodę, wokoło napoje gazowane i soki. Nie widzę nikogo, kto swoje dziecko częstuje owocem. Nie widzę nikogo, kto przyniósł ze sobą coś innego niż fast food. Jestem przerażona.

Na plaży spotykam moją bardzo dobrą koleżankę. Właśnie opiekuje się dwuletnią dziewczynką, której mama odpoczywa na kocu, a raczej pracuje nad hebanem, bo skóra już solidnie zaczerwieniona. Kiedy podchodzę do niej pierwszy raz mała pałaszuje draże, przy drugim razie wcina krakersy. Myślę sobie "świetna dieta dla dwuletniego dziecka". Pewnie mama nie miała czasu nic przygotować i po prostu zabrała to, co miała w domu, albo to, co wpadło jej w ręce w sklepie. Hmm...wychodzi na to, że wszystkie mamy były tak zajęte, że nie miały czasu umyć owoców i zabrać ich ze sobą. Rozkroić arbuza, ananasa, zabrać umyte czereśnie albo nektaryny.... Zdecydowanie dużo łatwiej jest kupić dziecku smażone na starym oleju fryty z budki, doprawić napojem gazowanym i mieć spokój. A w razie czego otworzyć paczkę chipsów i dzieci zachwycone. Dramat.

Ja wszystko rozumiem, że brakuje czasu, że zabiegani jesteśmy, że są wakacje, że się nie chce. Wszystko rozumiem, ale kurcze bez przesady! Nie zasłaniajmy się brakiem czasu, kiedy tutaj o kompletne lenistwo i ignorancję chodzi. Drodzy rodzice czy zdajecie sobie sprawę z tego, że jesteście odpowiedzialni za przyszłe nawyki żywieniowe Waszych dzieci? Za ich przyszłe problemy zdrowotne? Nie daj Boże otyłość albo cukrzycę?

Co zabrałam ja? Na pięć godzin na plaży zabrałam butelkę wody, ćwiartkę arbuza pokrojonego tak, żeby można było wygodnie jeść widelcem, sałatkę z makaronem, rukolą, pomidorami, bazylią i parmezanem. Przygotowanie tego zestawu naprawdę zajęło mi 10 minut. Czy czuję się przez to lepsza? To zupełnie nie o to chodzi, siedząc tam na plaży cieszyłam się, że pracuję nad sobą, że nie idę na łatwiznę, że mi się chce, a jak mi się nie chce to przekonuję samą siebie, że warto. Nie jestem święta, popełniam błędy, jak każdy, ale staram się być coraz bardziej świadomym konsumentem, a jednocześnie nie zwariować. I nie zwariowałam, po prostu widzę to, czego niektórzy starają się nie zauważać...


Z pewnością moje obserwacje zostały zaostrzone przez książkę, którą czytam i czytałam również na plaży. Serdecznie polecam ją każdemu, kto chce poszerzyć wiedzę z zakresu zdrowego żywienia, a szczególnie rodzicom, żeby zastanowili się czy ich dzieci rzeczywiście potrzebują kolejnej paczki ciastek.




czwartek, 17 lipca 2014

Letnie rytuały. Zadbaj o siebie latem.




Uwielbiam lato. Promienie słońca, które budzą mnie do życia wczesnym rankiem, letnie ciepłe noce, długie dni, słodkie, soczyste owoce... I chociaż nie mogę sobie pozwolić na 2 miesiące wakacji, każdego dnia staram się czuć jakbym na nich była. Mimo pracy, mimo nadgodzin, mimo obowiązków. A pomagają mi w tym drobne rytuały.

1. Pyszne śniadania.
Wszyscy powtarzają, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Nieprawda, każdy posiłek jest tak samo ważny jak śniadanie, ale bardzo często od dobrego śniadania zależy nasz nastrój na cały dzień, dlatego ja się rozpieszczam, szczególnie latem. Najczęściej przygotowuję sałatki ze świeżych warzyw, owsianki z owocami, koktajle, omlety, jajka w różnej postaci, wszystko zależy od tego ile mam czasu, czyli ile zajęło mi ubranie się;)


2.Letnie desery.
Hmm...chyba nie muszę tutaj wiele dodawać:) Do moich deserów nigdy nie używam cukru (nie mam w domu). Wystarczą owoce, syrop daktylowy i moja wyobraźnia. Ostatnio zrobiłam przepyszny krem kawowo-czekoladowy z mascarpone i jagodami...ostatnia porcja czeka na mnie w lodówce:)

  

3. Książki.
Staram się czytać jak najwięcej, z pewnością nie jestem statystycznym polakiem w tej kwestii, ale chciałabym czytać jeszcze więcej i szybciej. Przez ostatnie pół roku wciągnęła mnie tematyka II wojny światowej, losy zwykłych Polaków, Niemców, Ukraińców. Ich wybory, rozterki, dramaty, prawdziwe życie naszych dziadków i pradziadków. 
Oprócz tego stale staram się poszerzać wiedzę o zdrowej żywności, aktualnie czytam dwie książki o tej tematyce. Szczególnie podoba mi się naukowe podejście do wielu problemów, obszerna bibliografia i dane z konkretnych badań potwierdzające to o czym pisze autor. Na pewno podzielę się z Wami tą wiedzą jak tylko skończę czytać.


4. Wycieczki rowerowe.
Rower to takie cudowne urządzenie, które pomaga mi poznać świat. Okazuje się, że w najbliższej okolicy jest mnóstwo miejsc wartych odwiedzenia. W tym roku zwiedzam na rowerze najbliższą okolicę, odwiedzam parki, pałace, pomniki, kościoły. Wszystko to, jest na wyciągnięcie ręki w małych miejscowościach nieopodal. "Cudze chwalicie, swego nie znacie", Polska jest piękna!


5. Dbam o ciało.
Latem nadrabiam zimowe lenistwo, wykonuję regularne pilingi, nie zapominam o balsamie nawilżającym, dopieszczam stopy i używam kremów BB. Do tego przewiewne ciuchy, ruch kilka razy w tygodniu i filtry, o których pamiętam codziennie.

6.Korzystam z dobrodziejstw sezonu.
Sezon na bób powoli dobiega końca. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że się nim najadłam, dzisiaj spałaszuję ostatnią porcję i czekam do przyszłego roku, na szczęście zamroziłam sobie 10 worków na zimę:)
Teraz zaczęła się moja faza na pomidory z bazylią- nie odpuszczę do września!


7. Zachody słońca nad jeziorem.
I pikniki i zdrowe grille na świeżym powietrzu...drzemki na kocu w cieniu, wygłupy w wodzie i siatkówka na plaży. Nad morze mam dość daleko, dlatego posiłkuję się okolicznymi jeziorami. Zawsze zabieram ze sobą mnóstwo jedzenia dla wszystkich, koc, poduszkę, książkę i paletki do badmintona. Pod koniec upalnego dnia, kąpiel w jeziorze przy zachodzącym słońcu daje orzeźwienie i nowe siły na kolejny dzień, bo nie czarujmy się temperatury powyżej 30 stopni dają nam trochę w kość w pracy.


 8. Muzyka z lat 80.
Nie wiem dlaczego, ale w wakacje zawsze słucham muzyki z lat 80 w pracy. To wprowadza jakąś taką miłą atmosferę i chociaż jest wiele rzeczy do ogarnięcia z tą muzyką jest mi jakoś łatwiej. Polecam wypróbowanie:)


A czy Wy macie jakieś swoje letnie rytuały? Jak spędzacie czas w mieście, a jak w mniejszych miejscowościach? Szukam inspiracji! :)



czwartek, 10 lipca 2014

Pij codziennie sok z marchwi! 30 dniowe wyzwanie!

 

Zmieniając nawyki żywieniowe na zdrowsze trzeba pamiętać nie tylko o tym co się je, kiedy i ile, równie ważne jest to, co wypijamy. Cieszę się, że udało mi się wyrobić nawyk przynoszenia jedzenia do pracy. Nie dopuszczam już do sytuacji, w której pomiędzy śniadaniem, a obiadem występuje 10-cio godzinna przerwa, a buntujący się żołądek jest zagłuszany kolejnym kubkiem kawy. Dziś pierwszą rzeczą jaką robię po przyjściu do pracy jest włożenie do lodówki mojej zdrowej przekąski i lunchu.

Dzięki temu oszczędzam zdrowie i pieniądze. Regularne posiłki pomogły mi zmniejszyć wielkość porcji, a w efekcie również masę mojego ciała. Zauważyłam, że idąc na zakupy spożywcze z pustym żołądkiem łatwiej się poddawałam, włączał mi się ślinotok na słodycze, a mózg mówił "weź, weź, tylko dzisiaj, przecież coś Ci się od życia należy". To było zamknięte koło.

Dzisiaj proponuję Ci wyzwanie, które postawiłam przed sobą 4 miesiące temu. Bez względu na to jak dobrze lub nie dobrze się odżywiasz, przez najbliższe 10 dni zabieraj ze sobą do pracy świeżo wyciskany sok marchewkowy i garść orzechów/pestek/suszonych owoców. Przez 10 dni to będzie Twoje drugie śniadanie. Wierz mi, szklanka soku marchewkowego i orzechy zaspokoją głód na kolejne 3 godziny i dostarczą Ci cennych witamin i mikroelementów.  


Dlaczego akurat marchewka? Otóż dlatego, że jest szalenie zdrowa. Czy wiesz, że właśnie marchew zwyczajna została wpisana przez National Cancer Institute w USA na listę naturalnych związków o potwierdzonym działaniu przeciwnowotworowym?

Zawarte w korzeniu poliacetyleny- falkarinol i falkarindiol koncentrują się na komórkach rakowych i dzięki swojej cytotoksyczności mają pozytywne działanie na nasz organizm. Zastosowanie tych substancji wykazuje dużą skuteczność w leczeniu raka nerki, okrężnicy, żołądka. Regularne spożycie soku marchewkowego zmniejsza ryzyko nawrotu raka piersi i hamuje rozwój komórek białaczkowych. Dodatkowo zawarty w marchwi Betakaroten wzmacnia układ immunologiczny i ma dobroczynny wpływ na wygląd naszej skóry i zdrowie oczu.


Oczywiście 10 dni wyzwania to wersja dla nieprzekonanych. Lubiącym wyzwania proponuję 30! Miesiąc z sokiem marchewkowym wyrobi w Was nawyk częstego spożywania tego napoju, a to może mieć tylko dobre skutki. No i po co brać jakieś suplementy na opaleniznę skoro natura daje nam coś tak fantastycznego?

Ja własnoręcznie wyciskam soczek rano i zabieram go ze sobą w butelce do pracy. Ważne jest, żeby przechowywać go w lodówce i spożywać na świeżo (sok nie powinien stać w lodówce dłużej niż kilka godzin), zawsze z tłuszczem (to właśnie te kilka orzechów, pestek czy suszonych owoców, pamiętajcie o umiarze). Jeśli ktoś nie ma wyciskarki może się posiłkować sklepowymi sokami, ale dobrze jest zwracać uwagę na skład.



Dajcie znać czy podejmujecie się wyzwania i koniecznie dajcie znać jakie są Wasze wrażenia.

niedziela, 29 czerwca 2014

Zdrowy deser w 20 minut!


Uwielbiam gotować, ale nienawidzę trzymać się przepisów, jest we mnie jakaś awersja do mierzenia, ważenia i liczenia w kuchni. Wolę sypać, próbować, dodawać, smakować. Książki kucharskie oglądam, nie czytam, nigdy nie trzymam się ściśle przepisów. Jestem wymagająca: ma być szybko, smacznie i zdrowo. To samo tyczy się deserów, bo ja uwielbiam słodkie:)

Przepis na mój dzisiejszy deser jest banalnie prosty. Pomysł wziął się z potrzeby chwili, miałam ogromną ochotę na coś słodkiego, żadnego konkretnego pomysłu i kilka standardowych produktów, które zwykle mam w domu.


Deser ma 3 warstwy.

1 warstwa:
-ugotowana kasza jaglana
-pół dojrzałego banana
-łyżeczka syropu daktylowego
Wszystkie składniki łączymy i mieszamy na gładką masę.

2 warstwa:
-gorzka czekolada
-dwie łyżki masła
-filiżanka mocnego espresso
-kilka truskawek
Czekoladę i masło roztapiamy na małym ogniu, dodajemy espresso i pokrojone truskawki, mieszamy.

3 warstwa:
-truskawki
-pół banana
-łyżeczka syropu daktylowego
Wszystkie składniki wkładamy do blendera i robimy mus.


Układamy kolejne warstwy w pucharkach. Ja dodatkowo przedzielałam je wiórkami z kokosa. Całość udekorowałam truskawką, wiórkami, pistacjami i resztką roztopionej czekolady.
Deserek ze szklanek (1 zdjęcie) zjadłam zaraz po przygotowaniu- kasza jaglana i czekolada były jeszcze ciepłe, a mus zimny, bo przygotowałam go ze zmrożonych truskawek. Deser z pucharków podawałam już na zimno, smakował równie wyśmienicie.

Taki deser zaspokoi potrzebę słodkiego, zasyci i dostarczy cennych wartości odżywczych. Polecam wypróbowanie przepisu i eksperymentowanie w kuchni:)

Miłej niedzieli!




wtorek, 24 czerwca 2014

Czy warto jeść bób?


Mogłabym na to pytanie odpowiedzieć TAK z wykrzyknikiem i na tym zakończyć:) Ale jednak spróbuję zarazić Was moją miłością do niego. Czy wiecie, że bób wcale nie jest wysokokaloryczny? Że 100 gram pokrywa 106% dziennego zapotrzebowania na kwas foliowy? I że w 100 gramach surowego bobu jest więcej białka niż w jajku ugotowanym na twardo?

O tak! Bób jest świetną alternatywą dla białka pochodzenia zwierzęcego, zawiera również błonnik i mnóstwo cennych pierwiastków, jednym z nich jest wspomniany przeze mnie kwas foliowy, który często suplementują kobiety - nie tylko w ciąży,  oraz osoby cierpiące na niedokrwistość (anemię). Jedna szklanka ugotowanego bobu pokrywa aż 44% zapotrzebowania na ten pierwiastek. Ja mam zazwyczaj inny problem- jak poprzestać na tej jednej szklance :)

W dużych ilościach nie jest polecany osobom z problemami układu pokarmowego, bo może powodować wzdęcia i gazy. Tutaj nie ma reguły. Mam bardzo wrażliwy żołądek, który niezwykle szybko reaguje na wszelkiego rodzaju "podejrzane substancje", a jednak po zjedzeniu bobu nie mam żadnych problemów.

Polecam przyrządzanie go w parowarze, tradycyjne gotowanie powoduje, że tracimy około 40% cennych witamin i minerałów. Bób z parowaru smakuje mi najbardziej, faktycznie czuję, że wraz z wodą z garnka wylewam składniki odżywcze, a po ugotowaniu na parze wszystko zostaje "w środku". Polecam porównanie tych dwóch smaków, gwarantuję, że poczujecie różnice.

Znam wiele fajnych przepisów z wykorzystaniem bobu (np. ten), ale najchętniej jem go palcami w towarzystwie masła i odrobiny soli. To ekspresowy, pyszny i sycący obiad. Polecam zabieganym i odchudzającym się, ale tym drugim proponuję odstawienie masełka i skorzystanie z dodatku świeżych ziół lub oliwy z oliwek.

Co jeszcze zawiera bób? Witaminę C, taminę, ryboflawinę, niacynę, kwas pantotenowy, witaminę A, B6, K, bkaroten, wapń, żelazo, magnez, selen, cynk, potas, sód, mangan i fosfor.

A tutaj mój drugi grzeszek ostatnich dni- truskawki:) O tak! Obawiam się, że staję się monotematyczna, ale uwielbiam!



Skusisz się?

środa, 18 czerwca 2014

Podróże. Wspomnienia z wakacji.

 
 

Ostatnio w moim życiu dzieje się naprawdę dużo. Na tyle dużo, że chwilami mam ochotę spakować torbę i gdzieś pojechać. W zasadzie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ciągle gdzieś podróżuję. W całym czerwcu spędziłam dokładnie 3 noce w swoim łóżku:)

Moje wyjazdy często związane są z pracą, ale nie zawsze. Od czerwca 2013 roku odwiedziłam USA, Francję, Austrię, Włochy, Niemcy, Czechy i Słowenię i ciągle mi mało. Uwielbiam podróże, poznawanie nowych miejsc, smaków, ludzi. Dla mnie to coś więcej niż zaliczanie kolejnych atrakcji turystycznych z przewodnika.

Kilka lat temu zwiedzając Toskanię odkryłam, że podążanie tropem kolejnych atrakcji turystycznych kompletnie mnie nie interesuje. Podróżowaliśmy samochodem w sześć osób i jak się okazało każdy z nas miał zupełnie inne oczekiwania względem tego wyjazdu. Nasza "przewodniczka", która wielokrotnie odwiedzała Toskanię bardzo chciała nam pokazać wszystko, co jej zdaniem warte było zobaczenia. Chciałam zwiedzać, ale równie mocno zależało mi na czasie spędzonym na łonie natury, nie tylko w kościołach i muzeach. Inni nastawieni byli głownie na leżakowanie na plaży. Wszyscy bardzo się staraliśmy, ale pojawiały się konflikty. Każdy miał świadomość, że te dwa tygodnie urlopu szybko się nie powtórzą i chciał je spędzić zgodnie z własnymi upodobaniami.
W drugim tygodniu zwiedzaliśmy Francję, tam nasza koleżanka była już oficjalnie obrażona, na nas, nasze nastawienie i to, że według niej nie doceniamy piękna, historii, architektury, dorobku kulturalnego i w skrócie mówiąc, jesteśmy buraki. Zarządziła, że teraz każdy z nas będzie zwiedzać na własną rękę.
Spotykaliśmy się wieczorami, żeby porozmawiać o tym co kto robił danego dnia. Okazało się, że w zasadzie robiliśmy to samo tylko w różnych proporcjach, był czas na plażę, muzeum i kawę w mieście...

Zastanawiam się czy powodem konfliktu rzeczywiście były różnice między nami, próby wywierania nacisku na siebie nawzajem czy zmęczenie ciągłym przemieszczaniem się i "zaliczaniem" kolejnych atrakcji. Myślę, że wszystkie nieporozumienia w życiu wynikają z niedopowiedzeń i braku rozmowy między ludźmi. Pamiętam, że próbowaliśmy rozmawiać, ale nasza koleżanka potraktowała całą sprawę bardzo osobiście i nie słuchała tego, co do niej mówiliśmy, każdą uwagę odbierała jako atak na jej osobę. Ta sytuacja położyła cień na moje wspomnienia z tej wyprawy i już nigdy nie powtórzyliśmy żadnego z wyjazdów w takim składzie.


Właśnie wtedy dowiedziałam się sporo o sobie i moich przyjaciołach. Zrozumiałam, czego potrzebuję odpoczywając- swobody, spontaniczności i różnorodności. Czasem lenistwa na plaży, czasem aktywności, zgubienia się w jakimś urokliwym miejscu, pysznych lodów, obserwowania ludzi, czytania książek, biegania, kąpieli w morzu... Nie zamykam się na nic, poza narzucaniem mi planu w jedyne dwa tygodnie roku kiedy tego planu nie chcę i nie potrzebuję.


W maju kolejny raz odwiedziłam Włochy, tym razem była to wyprawa tylko we dwoje. Było absolutnie cudownie. Spontaniczny wyjazd, brak konkretnego celu podróży, totalna wolność, swoboda. Nic nie rezerwowaliśmy wcześniej, robiliśmy i jechaliśmy tam, gdzie chcieliśmy...chwile...radość...wspomnienia...
Po tych 4 dniach i przemierzeniu wielu kilometrów czułam się bardziej wypoczęta niż po 2 tygodniach ciągłego dostosowywania się do innych.


Jutro kolejny długi weekend, z przyjemnością powtórzyłabym majowy wypad, ale zostałam zaproszona na ślub, więc poruszać się będę w granicach Polski. I bardzo dobrze- obce chwalimy, a nasze jest równie piękne i urokliwe.

A Ty jak lubisz spędzać urlop? Może masz podobne wspomnienia z "grupowych" podróży, a może zupełnie inne?


wtorek, 10 czerwca 2014

7 pomysłów na radzenie sobie z upałem.




Szaleństwo. Absolutnie nie narzekam, bo uwielbiam słońce i piękną letnią pogodę, ale mój organizm chwilami buntuje się przed skokami temperatury, których doświadczamy w ostatnim czasie. Upały powyżej 30 stopni są świetne na urlopie, w pracy potrafią skutecznie utrudniać funkcjonowanie i efektywną pracę, dlatego warto znaleźć własne sposoby na przyzwyczajenie organizmu do wysokiej temperatury i przetrwanie upałów. Poniżej kilka moich pomysłów jak cieszyć się dobrym samopoczuciem mimo wysokiej temperatury.

1. Nawodnienie.
Od roku zaczynam mój dzień od szklanki wody z cytryną. Zimą piję ciepłą z dodatkiem miodu, latem letnią z dodatkiem świeżej mięty, orzeźwienie i nawodnienie po nocy gwarantowane.
W ciągu dnia popijam wodę o temperaturze pokojowej,  letnie herbatki ziołowe i soki owocowe lub warzywne przygotowywane w domu.
Nie rezygnuję z shake'ów na bazie mleka ryżowego lub kokosowego z dodatkami i kawy mrożonej raz dziennie. Nie zmuszam się do picia, piję wtedy gdy odczuwam pragnienie.


2. Odpowiedni strój.

Wykonywany zawód bardzo często obliguje nas do noszenia uniformów lub stosowania się do zasad dress codu przyjętego w danym przedsiębiorstwie, te zasady obowiązują zarówno zimą jak i latem. Warto dowiedzieć się jaki strój jest akceptowalny przez naszego pracodawcę, żeby uniknąć niepotrzebnych niespodzianek, a jednocześnie nie dopuszczać do przegrzania organizmu. Mimo upałów warto ubierać się schludnie i profesjonalnie. Szczególnie pracownikom biur japonki i szorty proponuję zostawić na plażę, polecam przewiewne (ale nie przezroczyste) bluzki, naturalne materiały i wygodne buty.

3. Dieta bogata w "wodę".

Ostatnio podstawą mojej diety stały się truskawki, właśnie teraz są najsmaczniejsze i pełne witamin. W upalne dni najczęściej sięgam po arbuzy, ale w związku moim postanowieniem sezonowości w jedzeniu jeszcze trochę na niego zaczekam. Tym, którzy nie mają takich oporów polecam arbuza pokrojonego w kawałki, dzięki temu można go zabrać do pracy i jeść widelcem bez obaw, że się ubrudzimy. Taka przekąska skutecznie odciągnie nas od ciastek i batoników, którymi częstują koleżanki, a przy okazji wspomoże nawadnianie organizmu.



4. Zmiana harmonogramu dnia na letni.

Latem nie mam problemu z pobudką o 6 rano, sześć godzin snu w zupełności mi wystarczy, budzę się wyspana, rześka i gotowa na poranny bieg, który ładuje akumulatory na cały dzień. Chętnie korzystam z wydłużonego dnia i staram się go wykorzystać na maksa, po pracy jadę na basen, popływać, ochłodzić się; na spacer lub rower. Wszystko w około jest tak piękne i zielone że aż żal siedzieć w domu i oglądać telewizor;)




5. Lekkie, regularne posiłki.

Bardzo często w gorące dni nie chce nam się absolutnie nic jeść, to błąd, najgorszy z możliwych pomysłów. Słuchajmy organizmu, wybierajmy lekkie dania; soczyste sałatki, chude mięso, ryby, warzywa i owoce.
Zimą nie powinno się jeść owocowych śniadań, ponieważ owoce wychładzają organizm, latem energetyczny shake z truskawkami i bananem albo płatki to rozwiązanie, które zadowala chyba większość dziewczyn i wielu facetów.
 

6. Power nap.

Latem dzień jest dłuższy, sen- przynajmniej w moim przypadku krótszy, dlatego popołudniami szczególnie przy "zaduchu" łapie mnie kryzys i muszę się zdrzemnąć. Naukowcy mówią, że 15 minut snu popołudniu to wspaniały prezent dla naszego mózgu. Trzeba tylko mieć dobrą motywację, żeby te 15 minut nie przeciągnęło się do godziny, albo dwóch.
Jeśli nie masz ochoty na drzemkę, albo w mieszkaniu jest za gorąco znajdź jakiś inny orzeźwiający popołudniowy zwyczaj, chłodna kawa w ogródku ulubionej kawiarni, albo chłodny prysznic.
 

7. Bez klimy.

Klima to świetne urządzenie, ale potrafi też narobić szkody, zainicjować infekcję, ból gardła, przeziębienie. W pracy nie zawsze mamy wpływ na temperaturę nastawioną na klimatyzacji i jej używanie, ale w domu możemy wybierać. Polecam spanie przy otwartym oknie i rozsądne używanie klimatyzacji w ciągu dnia tak żeby nie narażać organizmu na niepotrzebny szok temperaturowy.


Jakie Wy macie sposoby na radzenie sobie z upałem? Co jecie, jak spędzacie czas i jak mobilizujecie się do treningu w te dni?